Mały nasz szkrab jest coraz bardziej łobuziowaty. Teraz go upilnować jest mega strasznym problemem ;)Jeździ na wózeczku od jednej szafki do drugiej robiąc nam pilota. I nie ukrywa w tym swojej wielkiej radości. Muszę się przyznać, że nawet nie mam sumienia by sie na niego pozłościć z tego powodu, więc nie pozostaje mi nic innego jak tylko biegać za Kacem i wszystko sprzątać. A będzie z nim jeszcze "gorzej" ponieważ zaczynamy coraz intensywniej ćwiczyć naszego małego szkraba. Z tego powodu nasz tydzień zaczyna mieć coraz bardziej napięty grafik. I zapewne efekty tych ćwiczenień przełożą się również na naszą aktywność ;)
Musimy się pochwalić, ponieważ z Kacpra rośnie mała gwiazda telewizyjna. A to za sprawą programu "Coś dla Ciebie" emitowanym w TVP2, którego jeden z marcowych odcinków będzie poświęcony między innymi naszej Myszce. Nagranie odbyło się w czwartek, i przebiegało w bardzo miłej atmosferze. Kacperek na początku był mocno zdziwiony i zszokowany ilością nowych osób oraz skomplikowanego sprzętu. Ale nie ma co ukrywać, Kacper jako prawdziwa gwiazda szybko odnajduje się w nowych sytuacjach i już później czarował całą ekipę uśmiechami, puszczaniem oczka oraz ciągłym przybijaniem żółwika. Z nagrania jesteśmy bardzo zadowoleni, miejmy nadzieję, że efekt końcowy będzie zadowalający. Całej ekipie TVP oraz kadrze naszego wspaniałego hospicjum wielkie DZIĘKI za trud, zaangażowanie i wielkie chęci przy realizacji tego programu. Jeśli tylko dowiemy się o dokładnej dacie emisji programu, niezwłocznie poinformujemy Was o tym.
PS.: Proszę o odrobinę wyrozumiałości co do braku zdjęć z turnusu, ponieważ to nie my je robiliśmy więc ich jeszcze nie posiadamy. I tak jak pisałem jak tylko je dostaniemy to szybciutko wrzucimy je do galerii.
POZDRAWIAMY WSZYSTKICH GORĄCO :)
Wszystko co dobre szybko się kończy. Stara prawda, która już nie raz udowadniała nam, że jest ciągle aktualna. Dwa tygodnie turnusu mineły nam bardzo szybko. Dla Kacpra były to dwa tygodnie ciężkiej pracy, a dla mamusi dwa tygodnie na złapanie oddechu i naładowanie baterii na czas pracy w domku.
Ale od początku. Do Mielna dotarliśmy późnym wieczorem, więc z morzem przywitaliśmy się dopiero następnego dnia, zaraz po zakończeniu zajęć. Całe szczęście nad morze mieliśmy tylko 5 min spacerku ;). No muszę przyznać, że pierwsze chwile na plaży dla Kaca nie wiązały się z niczym przyjemnym. Wiatr i wielka ruszająca się „wanna” wody nie były dla niego najlepszą opcją spędzania wolnego czasu ( bynajmniej nie na pierwszy raz). Naszczęście następne spotkania z morzem i mewami, przebiegały już w przyjemniejszej atmosferze. A wdychany jod, nakręcił go pozytywnie na następny rok.
Na zajęciach bywało różnie. Wszystko zależało od humoru naszego arcyksięcia ;). A zaznaczyć trzeba, że pan Kacper zrobił się strasznie humorzasty, wszystko jest na „NIE” i robi tylko to na co ma ochotę. Dlatego też terapeutki miały nie lada wyzwanie, by zmobilizować Kaca do pracy. Najwięcej radości sprawiały Kacprowi zajęcia z terapii ręki. Pani Kamila, zadbała o to by nasz skarb na każdych zajęciach miał coś nowego i interesującego ;). Kacucha stworzył swoje pierwsze arcydzieła, bawił się w kiślu, kaszy, piasku. Jedyne co mu się na tych zajęciach nie podobało to zabawa masą solną, która ewidentnie nie przypadła Kacprowi do gustu. Kolejnymi zajęciami, które misio polubił to integracja sensoryczna. A na tych ćwiczeniach, masaże, wibracje i huśtawka sprawiały, że Kacprowi uśmiech z twarzy nie znikał nawet na chwilkę. Wielkim sukcesem Kacpra i terapeutów, było przekonanie się do zajęć na basenie ;). Kac czuł się niczym ryba w wodzie. Z wielką radością chlapał wszystkich do okoła No ale z przykrością muszę stwierdzić, że nie wszystkie zajęcia pasowały Kacprowi. Do takich między innymi należały zajęcia z logopedą. Na nich łobuz pokazywał swój charakter i robił wszystko aby nie wykonywać poleceń pani Oli, między innymi zatykał uszy, oczy i główne motto to: „nie,nie,nie”. Ale mimo tego udało się nam nauczyć wierszyka przy użyciu znaków Makatona. Zaczeliśmy wprowadzać także pictogramy, które mamy nadzieję ułatwią nam komunikację z naszym maluszkiem. Musimy także wspomnieć o zajęciach z dogoterapii. To dzieki nim Kac miał tak bliski kontak ze zwierzętami. Kacper mógł spokojnie wytargac pieska za uszy, uczesać go, umyć ząbki, czy nauczyc się przypinania smyczy.
Jak sami widzicie, turnus ten był pełen nowych doznań i emocji. Dla nas jako rodziców, był takim pryzmatem na to co mamy do zrobienia przez najbliższe miesiące, a dla Kacpra czasem ciężkiej pracy i nauki poprzez zabawę. Mieliśmy także okazję poznać wiele fantastycznych osób, ktróre sprawiły, że ten turnus na pewno zostanie nam na długo w pamięci w szufladce z miłymi wspomnieniami.
Kończąc, chcieliśmy Wam wszystkim podziękować, bo dzięki Waszym dobrym serduszkom, ten wyjazd mógł się odbyć. Został on sfinansowany ze środków, zebranych dzięki zeszłorocznej akcji 1% na rzecz Kacperka. I jak sami widzicie nawet najmniejszy 1% jest w stanie zdziałać cuda. DZIĘKUJEMY :).
Ps.: jak tylko będziemy mieli zdjęcia, natychmiast się nimi podzielimy ;)
Witajcie,
musicie mi wybaczyc, że aż tyle dni musieliście czekać na wpis ale dopiero teraz udało mi się zalogować. Prawie pierwszy dzień ćwiczeń mamy już za sobą. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego turnusu bo ma wręcz rewelacyjny wpływ na Kaca. Największy sukces przyniosły zajecia na basenie, dzięki którym Kacperek nareszcie przestał się bać wody. Poza zajęciami na basenie sa także zajecia: z dogoterapii, muzykoterapii, logopedii, terapii reki i rehabilitacji. Jak sami widzicie, plan zajeć jest dosyć napięty. Na szczęście nie brakuje czasu na spacerek brzegiem morza, który potrafi przynieść wiele radości. Co do samego ośrodko to muszę przyznać, że warunki są rewelacyjne. Jestem święcie przekonany, że to nie jest nasz ostatni wyjazd na zimowy turnus rehabilitacyjny. A kolejne wyjazdy będą możliwe tylko dzięki Waszej pomocy, która nie wymaga wiele wkladu wystarczy przekazać 1% podatku na rzecz naszej perełki. Pozdrawiamy gorąco.
Wielkiego pakowania nadszedł czas. Nie ukrywam, że nie należy to do łatwych czynności. Obawiam się, że najwygodniej by było pojechac tam TIR-em albo jakims pociagiem towarowym. Tak naprawdę to nasz pierwszy tak poważny wyjazd i to na tak dlugo ;) . Obaw jest wiele ale wieżę, że nasz Skarbek nie wymyśli żadnego psikusa i turnus upłynie spokojnie. A tam atrakcji co niemiara. Już sama obecność morza jest mega wydarzeniem, a do tego zajecia na basenie bajkoterapia, dogoterapia, i wiele innych ciekawych zajęć. I pierwszy w życiu bal karnawałowy, hehe i pewnie was zdziwi fakt, że Kacuszka będzie przebrany za żołnierza ;) ( nie mam pojęcia skąd Martynka wpadła na taki pomysł). Jestem święcie przekonany, że stare przysłowie „Za mundurem panny sznurem” i w jego przypadku będzie prawdziwe :). No nic pora już kończyć bo jutro długaaaaaaaaaaaa droga nas czeka. Pozdrawiamy gorąco.
Ps.: Co prawda relacji na żywo nie możecie się spodziewać, ale będę się starał na bieżąco pisać co
tam u moich dwóch kochanych istot słychać. Jeśli długo nic nie będzie się pojawiać, znaczy
się, że padłem z tęsknoty
Dobrze, że nie żyjemy w kraju jakiegoś totalitaryzmu, bo za taki brak konsekwencji w pisaniu blooga został bym skazany na jakieś ciężkie prace w kamieniołomach albo jeszcze gorzej;). No, na całe szczęście żyjemy w państwie demokratycznym, dzięki czemu mogę naprawić mój BŁĄD. W sumie, powrót do pisania to takie troszkę moje postanowienie noworoczne. Miejmy nadzieję, że uda mi się je zrealizować i dnia 31 grudnia 2012r. będę mógł z czystym sumieniem spojrzeć w lustro.
No, ale teraz pora napisać co u nas. Oj a jest co pisać. Muszę powiedzieć, że jak patrzę sobie teraz na naszego szkraba ( 13,7 kg), to muszę przyznać, że szczena opada. W czerwcu mieliśmy mały zabieg operacyjny, który sprawił, że nasz Kac się odblokował, i robi takie skoki rozwojowe, że szok. W sierpniu postanowiliśmy zakupić aktywny wózek inwalidzki, specjalnie przystosowany do Kacperka. Nie zapomnę miny pana, który przyjechał na pierwsze spotkanie twierdząc, że na Kacpra to będzie ciężko zrobić wózek, bo jest za mały i sobie nie da rady. Ale Kac wsiadł tylko na taką pokazówkę i w mig pojął, o co w tym wszystkim chodzi;). Więc po 6 tygodniach Kacucha dostał swoja pierwszą brykę. Musze przyznać, że jest wypasiona J. Teraz Kacperek jest kompletnie niezależny i śmiga sam gdzie tylko mu się spodoba. Fakt, że obija jeszcze wszystko po drodze, ale sobie radzi. Najlepszą zabawa teraz jest opcja dojeżdżania do komody i wywalania ręczników, albo wjeżdżania wózkiem w piszczele. Radocha, że ło hoho ;). Z kolejnych sukcesów naszego skarba jest fakt, iż Kacper zaczyna dostawać mleczko do brzuszka, dzięki czemu mogliśmy skrócić czas podłączenia do worka i pompy aż do 13 godzin. Więc teraz mamy 11 godzin wolnego, które Kacper trwoni na jeżdżeniu po całym domu. Jedyna smutna wiadomością to fakt, że święta spędziliśmy w szpitalu no, ale najważniejsze, że wspólnie razem zasiedliśmy do improwizowanego stołu wigilijnego;). Teraz Kacperek razem z kochana mamusia szykują się do turnusu rehabilitacyjnego, który zaczyna się już od poniedziałku. Ech 2 tygodnie bez moich słodkich kochanych perełek może być bardzo ciężkie. Ale czego się nie robi dla dobra naszego dżentelmena;). No nic, kończę ten pierwszy wpis w nowym roku, trzymajcie kciuki, co by mi wystarczyło sił do realizacji mojego postanowienia noworocznego;). Pozdrawiamy GORĄCO ;)
W sumie nic dodać nic ująć. Cisza, spokojnie oby tak dalej bo po co nam jakieś niechciane rozrywki. Kacuszka nasza kochana szaleje masakrycznie i cały czas rozrabia. Uśmiech nie schodzi mu z twarzy nawet na chwilkę. Błogie są takie chwile, nawet w trakcie rehabilitacji, jest rzadkością gdy płacze i zaczyna coraz więcej wysiłku wkładać w ćwiczenia. Ech mam nadzieję, że uda nam się kiedyś posadzić Kacperka na wózku. Fajnie by było, no ale zdajemy sobie sprawę, że czeka nas kawał ciężkiej i mozolnej pracy. Ale na pewno dopniemy swego, a jak już dojdziemy do tego etapu, to przed Kacem świat czeka otworem. No nic, życzę wszystkim miłych walentynek. Pozdrawiamy serdecznie i gorąco.
Od wczoraj jesteśmy już w domku. W sumie to nie jesteśmy do końca wyleczeni, ale ze względu na tłok na oddziale, i dzięki temu, że jesteśmy pod opieką hospicjum mogliśmy wyjść i doleczyć się w domku. W związku z tym jesteśmy bardzo szczęśliwi, nawet o dziwo Kacper się cieszył. Miejmy nadzieję, że Kac ograniczy się już tylko do wizyt kontrolnych. Ech, przyznam Wam się, że mimo iż nie lubię szpitala i pobytu w nim, to jednak tam jestem dużo spokojnieszy, i wiem że Kacprowi można bardziej pomóc. No ale strach trzeba schować do szuflady i cieszyć się każdą chwilą w domku. Pozdrawiamy Was gorąco ;).
No nie ma co ukrywać, tego dawno nie grali. Mamy zapalenie płuc. Nie powiem troszkę zawiało chłodem, bo pierwsze co, to były obawy, że zastawka komorowo opłucnowa coś zaszwankowała. Niewątpliwie coś napewno było nie tak, bo płynu w opłucnej było ciut za dużo. Została wprowadzona terapia antybiotykowa, i terapia leżakowa, czyli jak najwiecej leżeć. Wyobrażacie to sobie, istna masakra, Kacper ma leżeć. W sumie przez pierwsze dni pomogła nam wysoka temperatura, no a teraz (od piątku już nie gorączkujemy) musimy się troszkę natrudzić, bo młodym robi istne fikołki w tym łóżeczku. Jutro kontrolne RTG płuc, więc liczymy, że będzie poprawa.
Tak w ramach ciekawostek, to Kacperski miał test na AH1N1, i całe szczęście go nie zdał, czyli test ujemny. Byliśmy wręcz pewni, że wszystko będzie ok, ale jakaś tam nutka strachu przed epidemiologiczną chorobą była. No nic nie zanudzam, powoli wracamy do zdrówka i miejmy nadzieję, że już wkrótce będziemy wszyscy w domku. ;)
No i masz babo placek. Takie mi tylko słowa przychodzą na myśl. Wyobraźcie sobie, że ta nasza dzidzia sobie wymyśliła, że koniec ćwiczeń i trzeba iść odpocząć. Wszystko byłoby ok., gdyby nie fakt, że metody jego by do tego dojść nie należą do najlepszych. A mianowicie postanowił, że sobie zagorączkuje i to aż do 39,5 st. Celsjusza. Godzinę też sobie wybrał całkiem wporzo, bo drugą w nocy. Udało nam się ją zbić i resztę nocki mieliśmy spokojną. No, ale nasza radość nie trwała zbyt długo, bo popołudniu temperatura wróciła i to już na dobre, bo nie zareagowała już na żadne leki, więc nie wiele myśląc zadzwoniliśmy do naszej klinik pediatrii i żywienia oznajmić, że jedziemy. No i trzeba było się spakować i heja na ferie do CZD. Nadmienię, że Kacper gdy tylko usłyszał o tym, że jedziemy na oddział to w momencie z klapeusza zamienił się w uśmiechnięta istotkę (wredota jedna). W samochodzie to nawet trochę sobie tańczył. Zaskoczę Was, ale w CZD nikt za nami nie tęsknił, aczkolwiek na nasz widok co niektórym zrobiło się milusio. Zostały nam pobrane badania: krew , mocz i posiewy. Nasze przypuszczenia ( czyt. Posocznica) nie znalazły odzwierciedlenia w wynikach ogólnych krwi. Z jednej strony to całkiem dobrze, bo każda posocznica to bezpośrednie zagrożenie życia a z drugiej strony to w takim razie co mu jest;(. No nic, nie ma co gdybać, trzeba poczekać na resztę wyników, może one nam rozjaśnią sytuację. Więc musiałem zostawić moje dwie iskierki w szpitalu i wrócić do pustego domku. Przyznam, że to naprawdę podłe uczucie, tym bardziej, że ostatnie półtora tygodnia spędzaliśmy ze sobą każdą godzinkę dnia i nocy. Nie pozostaje mi nic innego jak położyć się szybko spać, aby jak najszybciej wrócić do mych skarbów.
Ps.: trzymajcie kciuki, aby to nie było nic poważnego.
No nie ma co ukrywać, turnus rehabilitacyjny to nie są przelewki. Pan Kacprowy dostaje niezły wycisk, nie tylko fizyczny ale i psychiczny i intelektualny. Pierwszy stres dla Kacpra to fakt, iż pobudka jest o 7:30 .Kac stara się na wszystkie możliwe sposoby udać, że niby nie słyszy budzenia, no ale nie ma przebacz. Poniedziałek był takim dniem organizacyjnym, ale mimo tego Kacper dostał w kość. To wszystko za sprawą kontaktu z innymi dziećmi na zajęciach z muzykoterapii. Był bardzo przestraszony, i wtulał się w nas chowając się przed całym światem. Dzisiaj już jest znacznie lepiej, Kacper bawi się wyśmienicie i nie reaguje już na inne dzieci tak jak na początku. Po zajęciach z muzykoterapii mamy adaptację funkcjonalną. Na tych zajęciach Kacper stawia niesamowity opór, bo bardziej jest zainteresowany tym co robi kolega obok niż tym co mówi do niego terapeutka. Następne zajęcia to terapia zajęciowa, na której największą atrakcją jest basen z piłeczkami. Młody po prostu oszalał na tym punkcie. Bawi się jak szalony i za każdym razem z trudem udaje nam się go z niego wyciągnąć. Po tych zajęciach mamy chwilkę przerwy a po niej rehabilitacja z Piotrusiem. O dziwo Kac nie reaguje już płaczem na ćwiczeniach, no chyba że w momencie pionizacji. No ale to wszystko dla Kacpra dobra. Mam nadzieję, że kiedyś Żabka to doceni. Po tych ostatnich zajęciach wracamy do domku, gdzie nasz leniuszek idzie spać i o dziwo przesypia 4 godzinki. Kto by pomyślał, że te kilka godzin jest takie wyczerpujące. I tak na zakończenie chciałem się pochwalić, bo Kacper nauczył się pięknie klaskać oraz zalotnie puszczać oczka. Po prostu istny słodziak. Pierwsze co robi po przebudzeniu to jest właśnie klaskanie. Taki widok jest chyba w stanie rozmiękczyć nawet najtwardsze serceJ. No nic kończę tą relację, trzymajcie za Kacpra kciuki bo czeka go jeszcze 6 dni ciężkiej pracy J. Pozdrawiamy gorąco.
Nowy rok pozwala zadać pytanie, jaki on będzie? I mimo tego, iż do końca pełnej odpowiedzi na to pytanie nie uzyskamy to i tak wiemy, że będzie to rok pracowity. I w sumie pracowicie się rozpoczyna, a to za sprawa kolejnego już turnusu rehabilitacyjnego, który zaczynamy już w poniedziałek. Nowością i ciekawostką dla nas na tym turnusie będą zajęcia z muzykoterapii. Biorąc pod uwagę zdolności taneczne Kaca, to może być ciekawieJ. Końcówka stycznia to też istne szaleństwo zakupów. Dzięki Wam, już w tym miesiącu będziemy mogli zakupić Kacprowi niezbędny sprzęt rehabilitacyjny. Mam tu na myśli specjalistyczny wózek dla dzieci z rozszczepem kręgosłupa, pionizator, łuski oraz specjalną sznurówkę na kręgosłup, który pomoże Kacprowi zachować odpowiednią postawę, gdy siedzi. Więc jak dobrze pójdzie to Kacper w lutym będzie śmigał nowiutką bryką ;) No, ale na razie trzeba zejść na ziemię i trzeba weekend wykorzystać na totalne lenistwo, by od poniedziałku zacząć ciężką pracę na turnusie. PozdrawiamyJ
Ps.: Jeśli ktokolwiek ma jakieś pomysły i chciałby nam pomóc w tegorocznej akcji 1% to bardzo prosimy o kontakt z nami za pomocą: poczty email, nk, facebooka bądź pod numerami telefonów. Z góry dziękujemy ;).
W sumie tytuł mówi sam za siebie, i można by powiedzieć nic dodać nic ująć. Ech ale jak tu nie opisać tych pięknych i wspaniałych świąt. Były to już nasze trzecie święta we trójkę, ale pierwsze święta spędzone w domu a nie w szpitalu. Przyznam, że do ostatniej chwili z obawą oczekiwaliśmy pierwszej gwiazdki, mając nadzieję, że nasza iskierka nie wymyśli dziwnej historii, tylko po to by znaleźć się na oddziale. No ale z całą odpowiedzialnością mogę napisać UFF- udało się. Pewnie wiele osób na myśl o świętach i całej tej rodzinnej atmosfery ma mdłości, my jednak byliśmy najszczęśliwsi na świecie. Sądząc po zachowaniu Kacprowi taka forma spędzania świąt Bożego Narodzenia jak najbardziej odpowiadała. Heh w sumie nie ma się co dziwić skoro były tak obfite w prezenty. Jednym z mega fajnych, to wypaśne sanki z oparciem, śpiworkiem i popychadłem( i nie chodzi tu o mnie ani nie o Martynkę;)). Pierwsze jazdy Kac ma już za sobą i nie obyło się bez małej wywrotki ale młodemu się bardzo podobało. Poza saniami Kacucha otrzymał mnóstwo zabawek edukacyjnych, z których na pewno zrobimy należyty użytek. No ale cóż jak to mówią "wszystko dobre, co się szybko kończy"; i dokładnie tak było w tym wypadku. Miejmy nadzieję, że te święta nie będą wyjątkiem, i tak będziemy już spędzać każde świąteczne chwile z dala od szpitalnego łoża. Teraz czas przygotować się do nadejścia nowego roku aby ten nadchodzący był łaskawy dla naszej megaśnej trójeczki. Pozdrawiam Was bardzo gorąco.
KOCHANI
Z OKAZJI NADCHODZĄCYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA
CHCIELIŚMY WAM ZŁOŻYĆ NAJSERDECZNIEJSZE ŻYCZENIA
ZDROWYCH RADOSNYCH I SPOKOJNYCH ŚWIĄT,
ZAŚ NA NOWY ROK ŻYCZYMY WAM:
BY W TYM 2011 NIGDY NIE ZABRAKŁO WAM SIŁY W DĄŻENIU DO CELU,
BY TYCH CHWIL BEZ UŚMIECHU BYŁO JAK NAJMNIEJ,
ABYŚCIE ZAWSZE OBOK MIELI OSÓBKĘ, KTÓRA WAS WESPRZE I POMOŻE
IŚĆ PRZED SIEBIE, I NIECH WASZĄ DEWIZĄ NA NADCHODZĄCY ROK BĘDZIE:
"WYSTARCZY ODROBINA NADZIEJI POZYTYWNE MYSLENIE WSZYSTKO ODMIENI"
DZIĘKUJEMY WAM ZA KOLEJNY ROCZEK Z WASZĄ OBECNOŚCIĄ, LICZYMY ŻE W 2011 TEŻ BEDZIEMY MOGLI NA WAS LICZYĆ ;)

Witajcie, mieliśmy małe problemiki z netem więc powstała króciutka przerwa. Ale już ją nadrabiamy. Nie mogę napisać, że u nas nic ciekawego bo byłoby to nieprawdą. Troszkę się działo. Zacznę od tego, że dnia 7.11.2010r. w kościele pw. św. Jadwigi Królowej Polski odbyło się uroczyste dopełnienie chrztu Kacperka. No muszę powiedzieć, że stresu było co nie miara, ale całe szczęście prawie wszystko wyszło tak jak trzeba. Kacper troszkę był przerażony wizją moczenia głowy ale jak wszystko w swoim życiu zniósł to dzielnie. No i całe szczęście mamy to już za sobą. Po powrocie do stolicy nadszedł czas na odpoczynek od tych naszych wojaży, należało się to nam a przede wszystkim Kacperkowi, który ewidentnie już był zmęczony. Po tygodniu błogiego spokoju nadszedł czas na troszkę podkręcenia śrubki z emocjami i Kac postanowił, że nie będzie oddychał. Staraliśmy mu się wytłumaczyć sami, że jednak oddychać samemu jest fajnie i nie jest to trudne, ale Kacucha nie dał się przekonać więc w efekcie tego na drugi dzień z gorączką trafiliśmy na znany nam już doskonale oddział żywienia w CZD. I nie uwierzycie ale okazało się, że wszystko jest ok. Po przekroczeniu progu w izbie przyjęć temperatura spadła do 36,3 bezdechy powoli ustępowały a wyniki krwi były bardzo dobre. Dla pewności mieliśmy zrobioną tomografię główki, gdzie znaleźliśmy przyczynę takiegoż zachowania. Była nią zastawka, która troszkę za bardzo działała i myszka nam się troszkę przedrenowałą. Więc dostaliśmy zalecenia, że Kac ma troszkę więcej leżeć i możemy wracać do domku. Co oczywiście uczyniliśmy z wielką radością. Więc teraz odpukać jest spokój i czekamy z niecierpliwością świąt mając nadzieje, że będą to pierwsze święta spędzone poza szpitalem. Oby tak było. Pozdrawiamy Was wszystkich gorąco.
Kochani, na całe szczęście udało nam się uniknąć zabiegu, ponieważ ząbek postanowił jednak, że sam wyjdzie. Jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi. Jednak nie może być kolorowo i przed samym wyjściem do domku, okazało się, że układ moczowy Kacpra odwiedziła dobrze nam znana bakteria. I to dzięki niej nasz pobyt w szpitalu przeciągnie się przez kolejne dwa tygodnie. Miejmy nadzieję, że Kac już nic przez najbliższy okres nie wymyśli, bo liczymy na to, że uda nam się być w komplecie podczas koncertu dla Kacperka.
Ostatnio było o nas dosyć głośno a to za sprawą naszej lokalnej telewizji NTL oraz Gazety Radomszczańskiej. W NTL został wyemitowany program pt.: (Nie)pełnosprawni autorstwa pani Moniki Cisowskiej, w którym możemy zobaczyć Kacperka;). Natomiast w Radomszczańskiej dzięki pani Agnieszce Kozłowskiej ukazał dosyć obszerny artykuł poświęcony naszej historii. Artykuł pani Agnieszki ukazał się także w społecznościowym portalu Interia360.
Chcieliśmy podziękować pani Monice i pani Agnieszce oraz ekipie NTL i redakcji Gazety Radomszczańskiej za okazane wsparcie i pomoc, bo dzięki Wam jest dużo łatwiej walczyć z chorobą Kacpra.
Zapraszam wszystkich do oglądania i czytania o Kacperku:
NTL- http://tvntl.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2209&Itemid=108
Interia360- http://interia360.pl/artykul/prawdziwy-strong-man-kacperek,34819
Dzisiaj kolejny raz dowiedzieliśmy się, że Kacperek jest wyjątkowym dzieckiem. Po raz kolejny udowodnił nam, że nic u niego nie może być takie samo jak u wszystkich. A to wszystko za sprawą jednego nieszczęsnego zęba. Otóż normalnie ząbek jak gdyby nigdy nic się wyżyna i po sprawie, no ale u Kacpra to nie bo po co. Zrobił to się taki jeden podły torbiel i nie ma szans aby ten ząbek kiedykolwiek wyszedł samodzielnie, Więc czeka nas zabieg w znieczuleniu ogólnym, ponieważ trzeba mu pomóc się wyrżnąć. No i jak tu nie popaść w deprechę jak nawet taka głupia czynność jak wyżynanie się zębów nie może przebiec normalnie i spokojnie? I od dziś uważam, iż przysłowie „nieszczęścia chodzą parami" uważam za nieaktualne i nadaję mu nowe brzmienie: „nieszczęścia chodzą dziesiątkami". Trzymajcie kciuki za zabieg, bo może sam w sobie nie jest groźny, ale za to znieczulenie jest już za to zagrożeniem śmiertelnym. No ale niestety innego wyjścia nie ma i zabieg jest konieczny. Mam nadzieję, że nasz Strongman poradzi sobie i z tym problemem.
U nas w sumie jak na wykresie raz lepiej raz gorzej. Spędziliśmy tydzień w Radomsku co pozwoliło nam, a dokładnie Martynce i Kacperkowi troszkę poleniuchować, ja niestety musiałem wracać do pracy. Muszę przyznać, że każda godzina spędzona z dala od moich iskierek jest bardzo ciężką godziną. Kacuszka ostatnio miewa gorsze dni, które niestety upływają na płaczu i częstych bezdechach. Zaczynam się mocno martwić o naszą dzidzie bo naprawdę czasami nie jest wesoło. Ale mimo wszystko Kacperek stara się cały czas uśmiechać i łobuzować. Ostatnio taką nową umiejętnością zdobytą przez Kacpra, jest wyrzucanie w trakcie usypiania smoka poza łóżeczko i po uśmiechu można stwierdzić, że jest z siebie bardzo dumny. Oczywiście jeśli Kacper za długo będzie czekał, aż któreś z nas podniesie smoka, to wtedy zaczyna się płacz i zgrzytanie zębów. I tak w sumie co wieczór.
Jutro kolejne spotkanie z rehabilitantem, już widzę minę Kacpra gdy go zobaczy. Jestem pewien, że wyleje wiadro łez, ale dzięki temu Misio nasz potrafi już siedzieć samodzielnie przez kilka sekund. I powiem wam, że jest to ogromny sukces, który po części nie miał by miejsca bez Waszej pomocy, za co gorąco dziękujemy. Muszę już Kończyc bo mój syn zamiast spać ma ochotę na gitarowanie ;).
Była mega śnieżna, marcowa niedziela. Ja już spakowany i gotowy by powrócić do domku, by opowiedzieć Kacprowi jak było fantastycznie na spektaklu w Kinemie. I w sumie nic nie zapowiadało dalszych wydarzeń. I mimo tego, że były niezapowiedziane jednak się wydarzyły. Tak koło godziny 18:30 odebrałem telefon i słyszę:
- Cześć szwagierek, dzwoniła do Ciebie Martynka? - w słuchawce usłyszałem dziwnie brzmiący głos Justyny
- Nie, nie dzwoniła. A co się stało?- odpowiedziałem ze strachem w głosie.
- No jadą właśnie z młodym karetką do szpitala!
- Ale jak to? Dlaczego?- wolałem nie domyślać się odpowiedzi.
- A no złapał bezdech i nie chciał wrócić!
Jak ja to usłyszałem to myślałem, że padnę na zawał. Kurde jeszcze nigdy się tak nie zdarzyło, żeby Kacper nie chciał załapać, tym bardziej, że był wentylowany przy pomocy Ambu. Mimo ogromnej śnieżycy udało mi się dojechać w całości do Warszawy. W tym czasie Kacucha trafił do szpitala na Marszałkowskiej. No ale ze względu, iż Kacpra ten szpital w zupełności nie interesował, zapadła decyzja o przewiezieniu go do CZD. I jak tylko Kacper przekroczył próg izby przyjęć, to zaczął się tak śmiać jakby dziecko dostało od mikołaja wymarzoną kolejkę elektryczną. Był w w siódmym niebie. Oczywiście jak tylko zobaczył lekarzy, to nie było mowy już wtedy o żadnych bezdechach. Jak gdyby nigdy nic, Kacper nie pokazywał żadnych objawów bezdechowych. Co się później okazało wszystkie wyniki też miał dobre. I tak wszyscy wspólnie doszliśmy do wniosku, że Kacuszka postanowił zrobić niezapowiedzianą wizytę, aby skontrolować jak to klinika żywienia sobie radzi bez niego. I tak po odbyciu kontroli i zapisaniu wniosków, po trzech dniach wyszliśmy do domku. I muszę to przyznać szczerze Kacprowi to się nie podobało, ale jakoś wytrzymuje. Chyba musimy Kacpra zabierać zamiast na spacer do parku, to na wycieczkę na oddział.
Dawno, dawno temu, w państwowej mennicy narodził się piękny malutki grosik. Gdy leżał sobie w magazynie cały czas rozmyślał.
- Ech ciekawe gdzie ja trafię. Mam nadzieje, że trafię w jakieś dobre ręce.
Minęło parę dni a Grosik trafił ze swoimi braćmi do bankowego skarbca. Tam trafił w ręce bardzo miłej starszej pani, która wraz z innymi pieniążkami trafił do jej portfela. U starszej pani jednak nie posiedział długo. Trafił do kasy fiskalnej w supermarkecie.
- Nie wiedziałem, że pieniądze mają taki ciężki żywot.
Tam nie zabawił długo. Jako reszta trafił do mamy Jasia. Jaś jest gimnazjalistą. Pewnego dnia przyszedł do mamy i zapytał:
- Mamo czy masz jakieś drobne, bo chcę iść z chłopakami na wesołe miasteczko?
- Tak skarbie, są w portfelu. Nie ma ich za dużo, ale mam nadzieje, że wystarczy- odpowiedziała mama.
- Super. Wielkie dzięki- z zadowoleniem krzyknął Jaś i trzymając w ręku pieniądze z naszym Grosikiem włącznie wyszedł z domku.
Jednak wbrew pozorom Grosik na wesołym miasteczku nie miał super zabawy. Od razu jak tylko Jaś znalazł się przy kasie chcąc kupić żeton na kolejkę górską, pieniążek wypadł na ziemię. Jaś tylko spojrzał jak Grosik się turla i ląduje między źdźbła trawy.
- Ej Jasiek chyba ci jakieś pieniądze wypadły- krzyknął kolega, który stał za nim w kolejce.
- Oj to tylko jeden grosz, nawet nie ma sensu się po niego schylać- odparł z drwina Jaś.
Panu Grosikowi zrobiło się bardzo smutno. Kilka godzin później zaczął padać deszcz. Co chwilę ktoś tylko przydeptywał Grosika, wgniatając go coraz bardziej w ziemię. Pieniążek był coraz bardziej załamany. Nawet guma do żucia, leżąca nieopodal, która przybierała różne zabawne kształty, nie była w stanie poprawić mu humoru. Leżał tak kilka dni. Zaczął już tracić nadzieję na to, że coś w swoim życiorysie zrobi dobrego. Nie raz słyszał w mennicy opowieści na temat tego jak to różne monety w dziwny sposób traciły swoją wartość. I tak dla przykładu historia jednej złotówki, która dla zabawy została położona na szynie kolejowej w celu zamienienia jej w śmieszny płaski bezwartościowy krążek. Albo pięćdziesięciogroszówka, która przez nieuwagę wpadła do toalety, kończąc swój żywot w podmiejskim kanale. Na myśl Grosikowi przychodziły, co i rusz to jakieś kolejne straszne historie. W pewnym momencie poczuł, że świat zaczyna mu się kręcić, a jego całego zaczyna ogarniać ciepło. Nagle ujrzał wesołą uśmiechniętą dziewczęcą twarzyczkę. Okazało się, że ta twarz należy do ośmioletniej Majki. Majeczka bardzo się ucieszyła, bo wiedziała co z nim zrobi. Dziewczynka miała w klasie kolegę, który uległ ciężkiemu wypadkowi. Potrzebuje teraz kosztownej rehabilitacji, ale niestety największym problemem był brak funduszy na jej przeprowadzenie. Dlatego też pani w szkole postanowiła pomóc rodzicom Marcina i w szkole ustawiła specjalną skarbonkę. Następnego dnia, na przerwie między lekcjami Maja podeszła do skarbonki i wrzuciła tam Pana Grosika. Upadł z wesołym brzękiem. Pieniążek nagle poczuł się potrzebny. Całej sytuacji przyglądała się wychowawczyni. Podeszła i położyła rękę na ramieniu dziewczynki. Chciała coś powiedzieć, ale Maja była pierwsza:
- Przepraszam nie mam więcej a tego grosika znalazłam w trawie i od razu wiedziałam, co z nim zrobię.
- Ależ Maju nie przejmuj się tym, że to tylko grosik. Wyobraź sobie teraz, że każdy uczeń naszej szkoły wrzuci po groszu, z takiej góry grosików czasami potrafi się zrobić naprawdę pokaźna suma. Dzięki niej Marcin będzie mógł szybciej wrócić do zdrowia- odparła pocieszająco nauczycielka.
Chwilę później obie usłyszały dzwonek i wróciły na zajęcia.
Minęło kilka tygodni. Do szkoły z uśmiechem na twarzy powrócił Marcin. Był bardzo szczęśliwy z powodu, że ma tylu wspaniałych przyjaciół. Maja też była bardzo zadowolona, bo wiedziała, że mimo wrzucenia tak małej kwoty, mogła się przyczynić do szybkiego powrotu kolegi do szkoły. Nauczycielka zaś była bardzo dumna, że ma tak wspaniałych i dojrzałych uczniów. Zaś pan Grosik, który krążył w wirze gospodarczym był najszczęśliwszym groszem na świecie, bo wiedział, że dzięki niemu ktoś odzyskał nadzieje na lepsze jutro.
Kochani,
zwracamy się do Was, z ogromną prośbą. Bo tylko dzięki waszej pomocy, nasz Kacperek będzie miał szansę na w miarę normalne życie. Kacper wymaga kosztownej rehabilitacji. Godzina takich ćwiczeń kosztuje od 80 do 120 zł. Są to koszty, które w dużej mierze przekraczają nasz domowy budżet. Do samych kosztów rehabilitacji dochodzą też koszty różnego typu medykamentów typu: cewniki do odsysania, worki stomijne, plastry, filtry do rurki, itp.. W części są te rzeczy refundowane przez NFZ, ale niestety limit z góry ustalony, jest niewystarczający, więc braki musimy uzupełniać we własnym zakresie. Mamy w najbliższych planach zakup pulsoksymetru, który jest nam niezbędny do kontrolowania czynności życiowych Kacpra, co przy jego częstych bezdechach jest bardzo ważną sprawą. Żyjemy z jednej pensji, która w większości przeznaczona jest na wynajem mieszkania. Więc jak sami widzicie nie jest kolorowo. Jeśli nie jesteś wstanie nas wspomóc finansowo, to wystarczy, że wszystkim swoim znajomym powiesz o Kacperkowym świecie. Kto wie może dzięki temu znajdzie się ktoś, kto będzie miał taką możliwość. Wszystkim z góry bardzo dziękujemy.
) . I jedynym plusem wigilii w szpitalu to był fakt, iż uchroniliśmy się przed nadmiernym przyrostem wagi ;). Dwa dni świąt upłynęły pod hasłem wizyt "Mikołajodziadków" czyli naszych kochanych rodziców. I jak zwykle pod względem prezentów Kacucha był górą.
Święta minęły. Przyszedł sylwester,tego właśnie dnia opuściliśmy szpital. To był nasz pierwszy wspólny sylwester, ponieważ ubiegłoroczny ja spędziłem w pracy na służbie. Kacper Nowy Rok przywitał o czasie Greenwich, ponieważ poszedł spać o godz. 23;30. I pewnie nawet jakby obok detonowano miliony kilogramów trotylu, to i tak by się nie obudził. Noworoczny weekend minął pod hasłem: "błogie lenistwo". Niestety nie trwało ono długo, bo już 5 stycznia pojawiliśmy się w drzwiach naszej kochanej kliniki. Każdy miał nadzieje, że to tylko fałszywy alarm wywołany ząbkowaniem, ale niestety diagnoza znana od miesięcy - posocznica. Tym razem jednak lekarze postanowili skutecznie zwalczyć Enterococusa, więc 13 stycznia Kacper przeszedł kolejną już operację. Tym razem została wyjęta zastawka oraz cewnik broviac, ponieważ prawdopodobnie bakteria w ktorymś z tych cewników wybrała sobie miejsce na kolonizacje. Zabieg trwał ponad 5 godzin i był to jak narazie najdłuższy zabieg. Lekarze od kilku już miesięcy straszą nas, że każdy zabieg ze względu na znieczulenie jest ogromnie niebezpieczny dla naszego synka, ale Kacper ma chyba inne zdanie i całe szczęście z wybudzeniem nie było większych problemów. Obecnie Kacper ma założony drenaż zewnętrzny, co niestety jest mega uciążliwe dla nas i Kacperka, bo do czasu założenia nowej zastawki musi on ciągle leżeć. Ech, ale mimo tego Kacper dalej jest mega uśmiechniętym dzieckiem i cały czas myśli co tu nabroić, rozweselając cały personel medyczny kliniki. Wyobraźcie sobie, że Kacucha potrafi śmiać się ze wszystkiego. Najbardziej jednak to się śmieje, gdy mówimy podniesionym tonem żeby nie ruszał jakiegoś kabelka podłączonego do niego. Taaak kabelki to jego najlepsza zabawka tym bardziej, że rodzice nie pozwalają się tym bawić, bo jak to mówią zakazany owoc najlepiej smakuje. Ostatnio np. zrobił nam psikusa i wyjął sobie rurkę tracheostomijną. Masakra jak ja się ze stresu spociłem, kompletnie nie wiedziałem o co chodzi ale trzeźwość umysłu mojej żony i idealna współpraca pozwoliła na opanowanie sytuacji. A Kacper oczywiście miał ubaw po pachy. Dzisiaj mieliśmy tomografię, która ma pokazać jak to tam u niego wyglądają żyły. Wyniki pewnie w poniedziałek i też tego dnia zapadnie decyzja kiedy zabieg wszczepienia nowej zastawki i cewnika. Ech stresu co nie miara, ale jak to mówią u mnie w pracy: nie takie imprezy się kładło ;). Jak narazie staramy się nie martwić na zapas, bynajmniej przy takim uśmiechu ciężko się zamartwiać.Wszystko zaczeło się dnia 2 pażdziernika 2008r., to wtedy usłyszeliśmy straszną diagnozę: rozszczep kręgosłupa z przepukliną oponowo-rdzeniową. Jak to usłyszałem poczułem sie jakby mi sie świat zawalił. Z zaleceń lekarza Martynka trafiła odrazu do Centrum Zdrowia Matki Polki. Nastepnego dnia czyli 3 października, poprzez cesarskie cięcie o godzinie 12:05 przyszedł na świat nasz cudowny synek. Odrazu po porodzie Kacperek został zaintubowany i podłączony do respiratora. Pierwsza rozmowa z panią doktor załamała mnie totalnie. Właściwie nie dawała ona zbyt dużych szans na przezycie Kacpra. Pozwolono mi go zobaczyć! Mym zapłakanym oczom ukazał się prześliczny chłopczyk. Pierwsza myśl: "Boże jaki on jest śliczny" Muszę Wam powiedzieć, że to cudowne uczucie widzieć SWOJEGO nowonarodzonego synka. I biegałem tak pierwszy dzień między Martynka a Kacperkiem udając przed nią, że z Kacuszką wcale nie jest tak źle. Po paru godzinach zapadła decyzja o operacji plastyki kręgosłupa, która była wyznaczona na nastepny dzień. Udało nam sie przed zabiegiem dokonać chrztu Kacperka. Niestety ze wzgledu na stan zdrowia Martynki przy tym nie było, co podłamało ją psychicznie. Chrzest ten nie miał nic wspólnego z radościa, wręcz przeciwnie była to mega smutna uroczystość. Czułem się tak jakby tam gdzieś w główce była myśl, iż Misiek może tego zabiegu nie przeżyć. Ale jak to mówią: wiara czyni cuda. Zabieg trwał koło godziny, odbył się bez komplikacji (pierwsza pozytywna wiadomość). Kacuszka trafił do Kliniki Intensywnej Terapii i Wad Wrodzonych Noworodków i Niemowląt. No i zaczeła się nasza ośmiomiesieczna przygoda z tym oddziałem. Kilka godzin po zabiegu udało mi sie przywieźć z drugiego budynku Martynkę. Więc byliśmy w komplecie. Mimo zmęczenia po operacji Skarbek nasz wyglądał przecudownie. Pierwsze dni wygladały praktycznie tak samo. Od rana do późnego wieczora na oddziale i powrót na noc do domu. Powoli dochodzilismy do siebie. Próbowalśmy to sobie wszystko poukładać, pojawiły się różne pytania zaczynajace sie od "dlaczego". Wiadomo, pytania bez odpowiedzi. Kacperka stan był stabilny. Pojawiły sie pierwsze próby rozintubowania, ale niestety zakończone fiaskiem. Po trzech tygodniach pojawił sie nowy problem. Otóż po zamknieciu kręgosłupa i plecków płyn rzdeniowo-mózgowy, który sobie wypływał przez ową dziurę zaczął gromadzić się w bocznych komorach mózgu, co możemy rozumieć jako wodogłowie.Zapadła decyzja o wszczepieniu Kacperkowi zastawki komorowo-otrzewnowej , która miała na celu odprowadzenie nadmiaru płynu do brzuszka. Wszystko poszło bez problemu. Kacperek dosyć szybko dochodził do siebie, poza jednym elementem, dosyć ważnym elemntem a minowicie oddychaniem. Kacuszka nie mógł sobie poradzić z samodzielnym oddychanie więc cały czas był podłączony do respiratora. Mimo wielu prób rozintubowania przeprowadzonych przez lekarzy oraz naszego kochanego synka, nie udało się. I wtedy zawisła nad nami czarna chmura w postaci rurki tracheostomijnej. Była to dla nas wizja nie do przyjęcia. Ale po kilku konsultacjach ze sławami ze świata medycyny, wizja tracheostomii okazała się jedyna dobrą. Więc 9 grudnia został przeprowadzony zabieg założenia Kacprowi tracheostomii. Powiem szczerze, że bardzo ciężko było się pogodzić z waidomością, iż Kacperek będzie oddychał poprzez rurkę w szyi. Ale dzięki niej Kacperek zszedł z respiratora, co było dla nas przeogromnym krokiem w przód. I tak powoli nadeszły święta, które spędziliśmy na oddziale. Sylwester minął niezauważalnie. Nowy rok miał być o wiele szczęśliwszym. Styczeń przyniósł wizję wyjścia do domku. Ale jak się okazało nie było to takie proste. Misio zalał sobie płuco mlekiem i w ten oto sposób wyladowaliśmy na sondzie, przez którą zaczęliśmy go karmić. Ale codzienne wkładanie sondy do żołądka było dosyć uciążliwe i troszkę niebezpieczne. Pojawiła się nowa wizja, mianowicie postanowiono Kacprowi założyć gastrostomię, czyli taki specjalny cewnik w brzuszku wprost do żołądka. Zabieg wykonano 16 lutego. I teoretycznie według lekarzy wszystko odbyło się bez komplikacji. Ale to tylko w teorii, w praktyce było całkiem inaczej. Kacper zaczął goraczkować, dostał biegunki, a lekarze kompletnie nie mieli pomysłu co zrobić, żeby ten stan rzeczy zmienić. Dnia 8 marca Kacper wylądował na Sali intensywnej terapii podłączony do respiratora. Nikt nam nie mógł wytłumaczyć co się dzieje. Misio cały napuchł wyglądał strasznie. Stan Kacpra z godziny na godzinę stopniowo się pogarszał. W efekcie nastepnego dnia neurochirurdzy usunęli Kacprowi zastawkę. Emocje sięgały zenitu, a sięgnęły dnia nastepnego to jest 10 marca we wtorek. Wieczorem tak koło godziny 18 wracaliśmy na oddział po kolacji. Wtedy wyszedł do nas lekarz i oznajmił, że Kacper umiera. Nie da się tego opisać co człowiekowi przechodzi przez głowę gdy się słyszy takie słowa. Nawet teraz jak to piszę robię przerwy by otrzeć łzy. Weszliśmy do sali staneliśmy nad łóżeczkiem a pani doktor kazała nam się z naszą Myszką pożegnać. Serduszko Kacperka się zatrzymało. Całe szczęście tylko na chwile. Lekarzom:dr Guzowskiemu i dr Stefańskiej nie zabrakło determinacji by ratować życie naszego dziecka. Po tej przygodzie Kacperek dochodził bardzo długo do siebie. Po dwóch tygodniach lekarze postanowili zrobić zabieg rewizji otrzewnej, w efekcie której Kacprowi wycięto 90% jelita grubego i kilka cm jelita cienkiego oraz została wyłoniona stomia. Gdy Kacperek doszedł do siebie, wszczepiona została nowa zastawka tym razem komorowo-przedsionkową. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że Kacperek ma zespół Arnolda Chiariego, który według neurochirurgów z ICZD nie jest już operacyjny. Rokowania synka lekarze ocenili jako beznadziejne. Pojawiły się też problemy z wchłanianiem wartości odżywczych z jedzonka. Dzięki temu 3 czerwca trafiliśmy do Instytutu Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie do Kliniki Pediatrii i Żywienia. Dzięki kadrze medycznej tego oddziału zaczęliśmy robić ogromne postępy. Kacuszka po raz pierwszy zaczął się śmiać, zaczęliśmy mieć z nim kontakt co było wielkim osiągnięciem. W Warszawie Kacperek dorobił się nowej zastawki bo ze względu na posocznice ta łódzka musiała być usunięta. Kacperkowi także wszczepiono cewnik broviac’a do żywienia pozajelitowego. W sierpniu złamała nam się nóżka choć nikt nie ma pojęcia jak to się stało, teorie są różne jedna z nich mówi, że Kacper po nocach wychodził do swej dziewczyny Oli (zresztą jednej z wielu). I wreszcie nadeszła wiekopomna chwila, czyli wyjście do domku. Byliśmy tak mega szczęśliwi, że aż to w głowie się nie mieści. w domku byliśmy 10 dni i znowu wróciliśmy na oddział z posocznicą. I wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że tak właśnie będzie wygladało nasze życie, pare tygodni w domu i parę tygodniu w szpitalu.
niedziela, 12 lutego 2012
Licznik odwiedzin: 11 503
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Jesteśmy rodzicami Kacperka naszego największego szczęścia, które każdego dnia walczy z cięzką chorobą.